piątek, 14 marca 2014

Spowiedź.

Nie mam już więcej łez, co oznacza, że skończył się okres płaczu. I choć ten okres mam już za sobą, to wciąż nie wszystko za sobą zostawiłem. 

Zawsze zaciskam kciuk lewej dłoni. Wbijam jego paznokieć w palec wskazujący. Niepokój. 

Najgorsze są te drobnostki. Drobnostki, których nie sposób się pozbyć, wyrzucić z pamięci. Powracające wspomnienia, skojarzenia, każda piosenka, temat, rzecz, zapach. Wraca i pobudza.
Perfumy przypadkowego człowieka w autobusie, przypadkowe auto na Marszałkowskiej, przypadkowa twarz w dużych okularach, ciężkich oprawkach, zaczesane do góry grzywki. 
Te miejsca na mapie Warszawy, na mapie świata, te miejsca w knajpach, fotele, obrazy, ryk silnika. Kanapa na której leżę i obraz w kącie, i lampka, i koszulka którą mam na sobie. I zapach wiosennego powietrza. I choć udaję, że nie, myślę o tym co najmniej tysiąc razy dziennie.

I tak naprawdę nie chcesz by to wszystko uleciało, zniknęło i przepadło. 

Najgorsi są ci wrażliwi.
Co oni z nami robią -
Z ludźmi o grubej skórze,
Grubszym groszu,
Zdrowym sercu,
Żelaznej woli,
Stalowych nerwach
I wiecznym śnie sprawiedliwych…
A.O.


I już nie wiem czy pisze o mnie, czy o Tobie, czy o nas.
Nieistniejących.

czwartek, 20 lutego 2014

W pół do refleksji.

Kiedyś chciałem porównać dwa filmy, a może dwie piosenki, na pewno dwie rzeczy skrajnie różne. Takie zestawienie. Jasne i oczywiste, wszem, wobec, że do tego nie doszło. Moje teksty zawsze zawierają więcej słów niż treści, więcej nieposkładanych myśli niż sensu. Kto myśli inaczej, ten tkwi w błędzie. Może nawet w nim ugrzązł, lecz bardzo mi schlebia! Zaaferowany wypluciem kolejnego steku myśli, zwykłych, żadnych tam owoców wysublimowanej refleksji, czy jakkolwiek ktoś to potrafi ładnie ująć... w każdym razie zaaferowany całą sytuacją postanowiłem sobie przypomnieć, wracając do pierwszych słów, przypomnieć te dwie... już wiem - piosenki!

Pomysł, gdy po raz pierwszy wpadł mi do głowy wydawał się ciekawy - o wiele bardziej niż teraz. A to dlatego, że chyba wtedy jeszcze znałem puentę, a teraz próbuję jej dociec. Pierwszy utwór to znana wszystkim, a przez prawie wszystkich lubiana słodka, marzycielska ballada.



Może trochę naiwna, ale delikatna i przyjemna, szczególnie w ustach Audrey. Chce się słuchać, chce się żyć, chce się wyruszyć w wielką podróż: "there's such a lot of world to see"! Piosenka afirmująca życie. Tezie w tekście przedstawionej sprzeciwia się za to melodia z pewnego filmu.



"I've seen it all - there is no more to see".

Macie to szczęście, moi drodzy czytelnicy, domniemani, że całe błyskotliwe podsumowanie pozostawię wam. Strumienie wniosków, fontanny pomysłów. To wszystko specjalnie dla was, bo nie zdzierżę póki co pseudointelektualnych bredni i filozofowania. Jak wspominałem na początku - puenty nie pamiętam, więc jej nie będzie, co całkowicie uprości sprawę, a Was zapewne trochę zawiedzie. Nikt nie lubi czytać tekstów bez zakończenia. A tu zakończenie będzie otwarte





niedziela, 8 grudnia 2013

Tempo.

Dostałem ostatnio wiadomość na jednym z portali społecznościowych, którego nazwy nie wymienię, co by nie robić reklamy, antyreklamy, co by nie lokować produktu itp. itd., choć może powinienem. Wiadomość odnośnie bloga, domyślam się, że tego, może tego drugiego, ale także wchodzącego w zbiór ekshibicjonizmu psychicznego, jakkolwiek pretensjonalnie to dla mnie dzisiaj brzmi. 

W tej wiadomości, sympatyczna jednostka zwróciła mi uwagę, że minęło już trochę czasu odkąd coś napisałem. A treści starsze wydawały jej się być w miarę ciekawe. Przynajmniej tak odebrałem sens tej wiadomości, która, de facto, zmusiła mnie do wystukania tych kilkunastu, -dziesięciu, -set słów. 

Tempo, z góry narzucone, w jakim zmienia się życie, czasem jest po prostu zbyt szybkie i człowiek w swej naturze gotów się zagubić, zatracić, zapomnieć. O tyle dobrze, że sinusoida zmian zmienia się także, czasem po intensywnym okresie staje się bardziej płaska, łagodna. A łagodność owa daje nam ten czas, aby w końcu uporządkować te wszystkie zmiany, ten cały burdel stworzony przez szalejące, dziką pasją opętane tornado. 

Właśnie sprzątam.
Myślę, że jeszcze trochę to sprzątanie mi zajmie.
Chyba, że wpadnę w kolejny wir.

Wiatr się wzmaga.

M.

środa, 26 czerwca 2013

Bądź brzozą.

Podstawowym sposobem porozumiewania się ludzi jest komunikacja werbalna a więc słowo. Słowo od którego podobno wszystko się zaczęło. Czasem słowa jednak nie są wystarczające, w takich sytuacjach więcej informacji potrafimy przekazać za pomocą gestykulacji czy mimiki. Taki wzmocniony przekaz powinien być łatwy do zrozumienia dla naszego rozmówcy, oczywiście jeżeli włada on naszym językiem i pochodzi z tego samego kręgu kulturowego. Weźmy taką dobrze skonstruowaną wypowiedź... poprawnie zbudowane zdanie, pewność, że rozmówca zna słowa, którymi się posługujemy, odpowiednia intonacja i artykulacja a do tego odpowiednia mimika i gestykulacja. Nasz przekaz powinien być już oczywisty, ale czy dzieje się tak w rzeczywistości? Co sprawia, że ludzie mimo jasnych komunikatów nie potrafią się zrozumieć? Ograniczenie intelektualne? Zacietrzewienie? A może niechęć jednej ze stron do osiągnięcia porozumienia? 

Zazwyczaj staram się, szczególnie przy tzw. ważnych rozmowach poruszających problemy, konstruować wypowiedź jasno, akcentować odpowiednie słowa nie mówiąc jednak wszystkiego. Nie sztuką jest powiedzieć wszystko, człowiek w pewnych sytuacjach powinien zamilknąć, dać swojemu rozmówcy do zrozumienia co chciałby powiedzieć, co myśli, ale niekoniecznie werbalizować wprost owo zagadnienie. Podstawowymi zagrożeniami dla takiego sposobu myślenia są ograniczenie rozmówcy oraz ogromne różnice w procesie poznawczym obu osób. Ludzie niewyczuwający ironii, sarkazmu i innych zabiegów mających na celu przedstawienie poglądów w sposób nie wprost uważani są za osoby o niższym niż przeciętny poziomie intelektualnym. W tym wypadku z góry jesteśmy skazani na porażkę, bowiem nauczenie kogoś odbierania przekazu spomiędzy słów nie należy do łatwych, jeżeli w ogóle jest możliwe, a na pewno nie jest dostępne dla wszystkich. W drugim przypadku stajemy przed ścianą i zaczynamy walkę. Jak wiadomo, ciężko walczyć ze ścianą; ściana zbudowana jest z innych materiałów niż my i zapewne inaczej postrzega świat, jeżeli w ogóle to robi (dla potrzeb tego rozumowania przyjmijmy, że tak jest). Tak więc ściana patrząca na nas z góry bądź z dołu zdaje się mieć zupełnie odmienną od nas perspektywę. Może udawać, że nas rozumie, my też możemy to robić, jednak nie prowadzi to do porozumienia faktycznego. Możemy ścianie tłumaczyć, ona może zrozumieć albo nie, może także starać tłumaczyć nam pewne rzeczy. Możemy także kucnąć lub wspiąć się, aby być na wysokości naszego rozmówcy i spróbować spojrzeć jego oczyma na świat, wiedząc, że on/a tego nie potrafi.

Problem jest jednak taki, że ściana to dąb a nie brzoza. Ścianę albo trzeba zaakceptować albo zburzyć. Tak samo jest z dębem, brzoza się ugnie. Najlepszym więc parterem do rozmów są brzozy, nie dlatego że zdają się one nie mieć własnego zdania, o nie! Brzozy zdają się być najlepsze ze względu na ich elastyczność, która pozwala im spojrzeć na zagadnienie omawiane z różnych perspektyw, bez potrzeby łamania się. Brzoza może spojrzeć z dołu i z góry a potem trwać pionowo przy swoim. Brzoza rozumie, bo nie ogranicza jej schemat poprzez jaki dąb czy ściana zostali już dawno ograniczeni z chwilą narodzin, powstania. Brzoza pragnie zrozumieć ale i porozumieć się, czego dąb czy ściana zrobić nie chcą, bo koszt takich pertraktacji byłby dla nich zbyt wysoki. Wyrastali oni bowiem w sztampie, więc nawet jeżeli się starają, nie są w stanie się zmienić, ani spojrzeć na zagadnienie z innej perspektywy. Taki typ jest nastawiony na pielęgnację tylko własnych potrzeb, uważając że tylko one są w życiu ważne. Porozumienie w takim przypadku niemożliwe jest do osiągnięcia. Nie lękaj się, bądź brzozą. 

czwartek, 6 grudnia 2012

Egzamin.


Jutro pierwszy egzamin. Pierwszy egzamin w tym roku akademickim, a co za tym idzie pierwsze prawdziwe emocje. W związku z powyższym powinienem naostrzyć piłę i rżnąć ostro zadany materiał. Jak zwykle chęci są, i jak zwykle wychodzi... jak zwykle! 

Zawsze w takich momentach, sytuacjach podbramkowych, przedegzaminowych, przypomina mi się, że... 
muszę posprzątać w kuchni. Pozmywać naczynia i umyć zlew. Piekarnik także długo już nie mógł się doprosić czyszczenia, dziś mu więc ulegnę. Gotowanie? Czemu nie! Z chęcią podskoczę do lodówki, przejrzę co jest, czego nie ma, może podjem tutaj coś, może tam. Kawka, herbatka, ciasteczko! Wyjątkowo krzywo zasłane łóżko - muszę coś z tym zrobić. Czuję się jak perfekcyjna pani domu! 

Mimo usilnych starań nie przeglądania internetowych portali rozrywkowych, informacyjnych, aukcyjnych itp. zawsze znajduję coś nowego, coś równie interesującego. Szkoda, że na co dzień mało mnie interesują przedegzaminowe czynności. Chwila! Muszę wyjąć pranie i wstawić następne (teraz kuchenne ścierki!). Bardzo żałuję, ale nic na to poradzić nie mogę. Taki już jest los studenta. Przywyknij albo zgiń.


poniedziałek, 26 listopada 2012

Nagość mnie nie podnieca.

Siadam z kumplem w jednym z warszawskich pubów. Zamawiamy piwo i zaczynamy rozmawiać. Tym razem o seksie. O tym dlaczego ludzie o seksie nie rozmawiają i o tym, że fajnie, że chociaż my to robimy (rozmawiamy!). Nie tyle między sobą (bo nic w tym dziwnego), ale w naszych różnorakich związkach i związkopodobnych relacjach. Jak zwykle wchodzimy w poetykę wielkich myślicieli XXI wieku i rozrysowujemy w naszych głowach najróżniejsze scenariusze. W pewnym momencie, mniej więcej po wypiciu połowy ciemnego, czeskiego trunku, przypomina nam się śmieszna książka o seksie, napisana dla nastolatków. Wyśmiewamy porady o masturbacji analnej gotowaną marchewką i inne perełki. Zatrzymujemy się na chwilę przy temacie pornografii.

Co z tym porno?
Oglądałem ostatnio porno, żeby zobaczyć jak wygląda na retinie (nowy ekran w macbookach o dużo wyższej rozdzielczości), nic nowego, nic ciekawego - skonstatował kumpel i tym dał mi do myślenia. Czy przeciętny człowiek w dzisiejszych czasach nie jest zniszczony przez wszechobecną nagość? Czy część problemów łóżkowych nie bierze się z jej nadmiaru? Myślę i myślę, i wymyśliłem.

Nagość mnie nie podnieca.
Wręcz przeciwnie, często nudzi. Zabieg marketingowy, który miał zwracać uwagę na produkty promowane przez seksownie wyglądających ludzi, nie działa już na mnie w najmniejszym stopniu. Działa wręcz przeciwnie, odrzucająco. Mam dość tego, że marketingowcy wciąż traktują mnie jak osobę, która kupuje sok ze względu na wzwód. Obserwując ludzi na ulicach, także dochodzę do wniosku, że prawie nikt nie zwraca już uwagi na roznegliżowane ciała na bilbordach. Mimo to wiele fanpejdżów na fejsbuku ciągle promuje swoje strony przez dodawanie zdjęć emanujących nagością. Ciekaw jestem, jak wiele osób lubi je po prostu dla zasady i wrażenia estetycznego, a ile z powodu przyjemniejszych doznań?

Kiedyś kawałek odsłoniętej nogi, czy klatki piersiowej był czymś pobudzającym. Teraz z każdej strony atakują nas wyuzdane/ni gimnazjalistki/ści, balonowe reklamy i te, co "za darmo dadzą ci puszki". Przez to nasze wymagania w łóżku rosną, bo na co dzień atakuje nas tyle bodźców, że na większość z nich się uodporniamy. W połączeniu z brakiem rozmów (seks=tabu) domyślam się, że znamy już podstawową przyczynę frustracji naszego społeczeństwa. Rodacy, do łóżek!





niedziela, 25 listopada 2012

Rozmawiajmy o seksie.

Rozmowy o seksie to niestety wciąż rzadkość w wielu związkach. Seks jest jednym z kluczowych czynników udanego związku i nie ma co tego ukrywać. Nie powinno się więc marginalizować jego roli, a tym bardziej unikać rozmów, udawać, że wszystko jest w porządku. Szczególnie, kiedy poziom satysfakcji partnerów z ich życia łóżkowego jest niski. 

Nie zupełnie moim zamiarem jest snucie domysłów z czego wynika takie podejście, czy to po prostu polska obyczajowość, czy to religia, pruderyjność. Wydaje mi się jednak, że jest to taki mix. Mix wynikający już z dawnych czasów, kiedy hipokryzja w temacie seksu przedmałżeńskiego sięgała zenitu.

Moje pytanie brzmi: Dlaczego o tym nie rozmawiamy?

Przyjaciółki twojej dziewczyny wiedzą dużo więcej o jej zadowoleniu (co gorsza o niezadowoleniu też) z waszych łóżkowych igraszek, niż ty sam. Przyjacielowi zwierzysz się w tym temacie, ale swojej drugiej połówce powiedzieć się wstydzisz. Niezależnie od płci i orientacji boimy się mówić o seksie. Dziwi mnie to tym bardziej, że Polacy są raczej czepliwym narodem, potrafią sobie wytknąć niemalże wszystko. Stereotypowo - mężowie zwrócą uwagę na przypalony obiad, żony na niezatankowany samochód. Ale ile razy kobieta powie, że ma dość leżenia na sobie jej sapiącego partnera, próbującego zadowolić tylko siebie? Ile razy mężczyzna wyzna, że chciałby spróbować czegoś nowego, a nie tylko ta misjonarska i misjonarska? Co więcej... jak już dojdzie do takiej konfrontacji, to jak często partnerzy potrafią się wzajemnie przed sobą otworzyć i przyznać sobie rację.

Rozmowy te jednak nie powinny być tylko rozmowami o problemach w łóżku. O seksie, mimo że jest dobry, można nadal rozmawiać, przez co powinien stać się jeszcze lepszy i bardziej satysfakcjonujący, a jeżeli myślimy o długich latach wspólnego życia, nudzie w tej sferze trzeba zapobiec. Najlepiej z wyprzedzeniem! Otwórzcie się więc na waszych partnerów/ki i rozmawiajcie. Bez zbędnej krępacji i pruderii.