Niechętnie muszę przyznać, że wciąż od czasu do czasu czuję się, jakbym był na odwyku. Nie mogę spać, czuję mrowienie w dłoniach i stopach, lekko pali mnie przełyk. No i oczywiście w głowie mam jedno, chciałbym, żeby było pstro, ale niestety.
Tak sobie myślę, że rzucanie uczuć nie jest łatwe, człowiek potrafi się tak bardzo związać emocjonalnie, uniezależnić od drugiej osoby, zapatrzeć w nią bezgranicznie. Przychodzi ten czas, gdy trzeba powiedzieć sobie do widzenia, pożegnania są smutne, ale należy powitać nową przygodę - podobno.
Teraz dopiero dostrzegam dramat ludzi uzależnionych. Wydaje się, że nie palić tydzień, miesiąc, dwa, trzy, to wygrać. A nagle po pięciu człowiek czuje, jakby rzucił tydzień temu, znów musi się zmagać z chęcią zakupu kolejnej paczki.
W rzucaniu emocji jest trochę inaczej, bo po pięciu miesiącach nie wiemy, czy druga strona w ogóle chciałby z nami rozmawiać, a co dopiero pokochać nas na nowo. Paczka papierosów nigdy nam nie odmówi, whiskey z lodem też nie. Przynajmniej mnie się nie zdarzyło.
Druga osoba może.
Dlatego tak silnie trwam w swoich postanowieniach.
m.
czwartek, 22 maja 2014
niedziela, 11 maja 2014
A co jeżeli umrę?
A co jeżeli umrę. Nie obudzę się jutro, albo po prostu w jednej z sekund stracę przytomność, na zawsze. Co jeżeli już teraz w mojej głowie drzemie okropny twór, tykająca bomba. Co jeżeli się niefortunnie potknę, albo stanę się ofiarą pijanego kierowcy, albo spadnie mi gałąź na łeb podczas wichury.
Nie chcę odejść bez ostatniego słowa.
Nie mogę tego słowa powiedzieć już teraz. Każdemu innego. Nie mogę, bo żaden etap się nie zakończył, nie ma czego podsumowywać. Zresztą ckliwa wiadomość na fejsie zostałaby spłycona, niezrozumiana w takim czasie i miejscu. Każda wiadomość musi umiejscowiona być w pewnym kontekście.
To takie egoistyczne, ale naprawdę wiele rzeczy chciałbym Wam jeszcze powiedzieć.
Egoistyczne, bo Wam nie powiem, nie teraz, a przecież nie wiemy, kto pierwszy.
Dziś mogę powiedzieć tylko tyle - do Ciebie, Ciebie i Ciebie też, i do Ciebie, a może do Ciebie przed wszystkimi. Budujecie, budowaliście i będziecie budować moje życie, to dzięki Wam, lub przez Was jestem tym kim jestem w jednej ze swych odsłon.
Może napiszę kilka listów.
Tyle przecież niewypowiedzianych myśli siedzi w mej głowie.
m.
Nie chcę odejść bez ostatniego słowa.
Nie mogę tego słowa powiedzieć już teraz. Każdemu innego. Nie mogę, bo żaden etap się nie zakończył, nie ma czego podsumowywać. Zresztą ckliwa wiadomość na fejsie zostałaby spłycona, niezrozumiana w takim czasie i miejscu. Każda wiadomość musi umiejscowiona być w pewnym kontekście.
To takie egoistyczne, ale naprawdę wiele rzeczy chciałbym Wam jeszcze powiedzieć.
Egoistyczne, bo Wam nie powiem, nie teraz, a przecież nie wiemy, kto pierwszy.
Dziś mogę powiedzieć tylko tyle - do Ciebie, Ciebie i Ciebie też, i do Ciebie, a może do Ciebie przed wszystkimi. Budujecie, budowaliście i będziecie budować moje życie, to dzięki Wam, lub przez Was jestem tym kim jestem w jednej ze swych odsłon.
Może napiszę kilka listów.
Tyle przecież niewypowiedzianych myśli siedzi w mej głowie.
m.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Wiedza
Moment, w którym człowiek nie wie co naprawdę czuje, jest jednym z najdziwniejszych, które zdarzają się w życiu. Zazwyczaj jesteśmy szczęśliwi lub nie, czasem tylko zadowoleni, lekko wkurzeni, zdenerwowani, zakochani, nienawidzący, obojętni. Czasem rano zmęczeni, wieczorem wypoczęci, czasem na odwrót.
A co jeżeli nie odczuwamy żadnego z powyższych, ani pokrewnych tym powyższym. Co wtedy dzieje się z człowiekiem, gdy tak naprawdę nie wie. Ludzką rzeczą jest nie wiedzieć, ale czy w takich sprawach także te słowa się sprawdzają?
Czasem czujemy sprzeczne emocje. Kochamy i nienawidzimy, cieszymy się i wyjemy z bólu. Oddzielamy jedne od drugich. Wiemy co nas w te różne stany wprowadza. Może trochę nas to męczy, trochę gubi, ale jednak - wiemy.
Wiedza jest potrzebna człowiekowi do życia jak woda, jak powietrze, jak miłość i poczucie bezpieczeństwa. Tak bardzo potrzebujemy wiedzieć, że dążąc do tego stanu potrafimy złamać nasze postanowienia. Potrafimy zachowywać się niezgodnie z naszymi przekonaniami. Wiedza. Wiedza jest władzą, komfortem psychicznym, chociaż bywa też cierpieniem, którego pozbyć się nie potrafimy... gdy już się dowiemy, gdy już znajdziemy odpowiedź na dręczące nas pytanie załamać może nam się cały świat. Najgorszą cechą tego rodzaju wiedzy jest jej wieczne trwanie. Definicje możemy zapomnieć, wiedzy, której pragnęliśmy nie.
Tylko czasem tkwimy w tym punkcie nicości. Nie wiemy, czy pragniemy informacji. Raczej ich unikamy, zachowując higienę psychiczną, nieświadomość.
Teraz chciałbym się dowiedzieć co czuję.
Do czego tak usilnie dążę, co nie pozwala mi spokojnie spać w nocy.
Dlaczego to robię.
Poznać się jeszcze trochę bardziej.
Wiedzieć przed czym tak usilnie uciekam.
Na co tak niecierpliwie czekam, trzymając z całej siły telefon, gdy tylko wyjdę z bezpiecznego, zdawałoby się, pomieszczenia.
A co jeżeli nie odczuwamy żadnego z powyższych, ani pokrewnych tym powyższym. Co wtedy dzieje się z człowiekiem, gdy tak naprawdę nie wie. Ludzką rzeczą jest nie wiedzieć, ale czy w takich sprawach także te słowa się sprawdzają?
Czasem czujemy sprzeczne emocje. Kochamy i nienawidzimy, cieszymy się i wyjemy z bólu. Oddzielamy jedne od drugich. Wiemy co nas w te różne stany wprowadza. Może trochę nas to męczy, trochę gubi, ale jednak - wiemy.
Wiedza jest potrzebna człowiekowi do życia jak woda, jak powietrze, jak miłość i poczucie bezpieczeństwa. Tak bardzo potrzebujemy wiedzieć, że dążąc do tego stanu potrafimy złamać nasze postanowienia. Potrafimy zachowywać się niezgodnie z naszymi przekonaniami. Wiedza. Wiedza jest władzą, komfortem psychicznym, chociaż bywa też cierpieniem, którego pozbyć się nie potrafimy... gdy już się dowiemy, gdy już znajdziemy odpowiedź na dręczące nas pytanie załamać może nam się cały świat. Najgorszą cechą tego rodzaju wiedzy jest jej wieczne trwanie. Definicje możemy zapomnieć, wiedzy, której pragnęliśmy nie.
Tylko czasem tkwimy w tym punkcie nicości. Nie wiemy, czy pragniemy informacji. Raczej ich unikamy, zachowując higienę psychiczną, nieświadomość.
Teraz chciałbym się dowiedzieć co czuję.
Do czego tak usilnie dążę, co nie pozwala mi spokojnie spać w nocy.
Dlaczego to robię.
Poznać się jeszcze trochę bardziej.
Wiedzieć przed czym tak usilnie uciekam.
Na co tak niecierpliwie czekam, trzymając z całej siły telefon, gdy tylko wyjdę z bezpiecznego, zdawałoby się, pomieszczenia.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Ukartkowienie.
Wyobraźcie sobie ryzę papieru. Wyciągnięte z niej dwie kartki. Kartki, które zapisać można dowolnymi słowami, zamalować farbami, zabazgrać. Czasem dwie kartki na siebie wpadają, przypadkowo. Mają już swoje historie, są mniej lub bardziej zapisane, bardziej lub mniej kolorowe. Może skrywają jakieś tajemnice pod zagiętymi rogami. Może są lekko pogniecione, a może idealnie gładkie, może na jednej stronie widać równiutkie pismo, a na drugiej ślad buta, łez, czy okrąg po filiżance. Może częściowo są przypalone, może trochę już potargane. Może robią tylko dobre wrażenie.
Niektóre z nich są kartkami z wyżej klasy, noszą na sobie pieczątki ważnych instytucji, tajemnice wagi państwowej. Na innych dzieci skrobią swoje rysunki. Są też kartki puste, z których ktoś zrobił samolot, albo te zapomniane, leżące wciąż w starej drukarce, pożółkłe.
Czasem, kiedy dwie kartki się spotkają, zaczynają się ze sobą zrastać. Nie jest to łatwe, gdyż ciężko połączyć, zazębić dwa tak równe skraje. Wyobraźcie sobie jak się te kartki splatają, jak mieszają się ich historie, jak z dwóch arkuszy A4 powstaje jeden A3. Jak jedna kartka bierze na siebie trochę zagnieceń drugiej, jak czytają się nawzajem. Łączą się naturalnie, poznając się. Czasem, żeby pokazać się światu, dodatkowo sklejają się taśmą w miejscu połączenia. Żeby wszyscy wiedzieli, że to bywa, że to jest, że to już na stałe...
Nie wszystkie kartki jednak, nawet te sklejone najmocniejszą z taśm, są w stanie trwać przy sobie przez wieczność. Czasem decydują się one na bolesne zerwanie taśmy, mimo że wiąże się ono z ogromnymi, dla obu, stratami. Wraz z taśmą usuwana jest warstwa dobrych wspomnień, zaufania, w końcu każda traci część swojej powłoki, staje się wrażliwsza na brzegu. Jednak rozerwania sklejonych kart bez usuwania taśmy jest jeszcze gorszym pomysłem. W tym wypadku zawsze jedna ze stron wyrwie część drugiej. Kawałek, którego ta druga nigdy już nie odbuduje. Obie będą trwać w bólu, jedna z ciężarem, druga ze stratą. Nie wiadomo co lepsze.
Może lepiej nie używać taśmy.
Może lepiej rozrywać się naturalnie, tak jak się zrastało.
Bez zbędnych obietnic, zobowiązań i oświadczeń.
Po takim rozerwaniu każda z kartek ma poszarpany brzeg,
ale żadna nie traci części samej siebie.
Niektóre z nich są kartkami z wyżej klasy, noszą na sobie pieczątki ważnych instytucji, tajemnice wagi państwowej. Na innych dzieci skrobią swoje rysunki. Są też kartki puste, z których ktoś zrobił samolot, albo te zapomniane, leżące wciąż w starej drukarce, pożółkłe.
Czasem, kiedy dwie kartki się spotkają, zaczynają się ze sobą zrastać. Nie jest to łatwe, gdyż ciężko połączyć, zazębić dwa tak równe skraje. Wyobraźcie sobie jak się te kartki splatają, jak mieszają się ich historie, jak z dwóch arkuszy A4 powstaje jeden A3. Jak jedna kartka bierze na siebie trochę zagnieceń drugiej, jak czytają się nawzajem. Łączą się naturalnie, poznając się. Czasem, żeby pokazać się światu, dodatkowo sklejają się taśmą w miejscu połączenia. Żeby wszyscy wiedzieli, że to bywa, że to jest, że to już na stałe...
Nie wszystkie kartki jednak, nawet te sklejone najmocniejszą z taśm, są w stanie trwać przy sobie przez wieczność. Czasem decydują się one na bolesne zerwanie taśmy, mimo że wiąże się ono z ogromnymi, dla obu, stratami. Wraz z taśmą usuwana jest warstwa dobrych wspomnień, zaufania, w końcu każda traci część swojej powłoki, staje się wrażliwsza na brzegu. Jednak rozerwania sklejonych kart bez usuwania taśmy jest jeszcze gorszym pomysłem. W tym wypadku zawsze jedna ze stron wyrwie część drugiej. Kawałek, którego ta druga nigdy już nie odbuduje. Obie będą trwać w bólu, jedna z ciężarem, druga ze stratą. Nie wiadomo co lepsze.
Może lepiej nie używać taśmy.
Może lepiej rozrywać się naturalnie, tak jak się zrastało.
Bez zbędnych obietnic, zobowiązań i oświadczeń.
Po takim rozerwaniu każda z kartek ma poszarpany brzeg,
ale żadna nie traci części samej siebie.
piątek, 14 marca 2014
Spowiedź.
Nie mam już więcej łez, co oznacza, że skończył się okres płaczu. I choć ten okres mam już za sobą, to wciąż nie wszystko za sobą zostawiłem.
Zawsze zaciskam kciuk lewej dłoni. Wbijam jego paznokieć w palec wskazujący. Niepokój.
Najgorsze są te drobnostki. Drobnostki, których nie sposób się pozbyć, wyrzucić z pamięci. Powracające wspomnienia, skojarzenia, każda piosenka, temat, rzecz, zapach. Wraca i pobudza.
Perfumy przypadkowego człowieka w autobusie, przypadkowe auto na Marszałkowskiej, przypadkowa twarz w dużych okularach, ciężkich oprawkach, zaczesane do góry grzywki.
Te miejsca na mapie Warszawy, na mapie świata, te miejsca w knajpach, fotele, obrazy, ryk silnika. Kanapa na której leżę i obraz w kącie, i lampka, i koszulka którą mam na sobie. I zapach wiosennego powietrza. I choć udaję, że nie, myślę o tym co najmniej tysiąc razy dziennie.
I tak naprawdę nie chcesz by to wszystko uleciało, zniknęło i przepadło.
Najgorsi są ci wrażliwi.
Co oni z nami robią -
Z ludźmi o grubej skórze,
Grubszym groszu,
Zdrowym sercu,
Żelaznej woli,
Stalowych nerwach
I wiecznym śnie sprawiedliwych…
A.O.
I już nie wiem czy pisze o mnie, czy o Tobie, czy o nas.
Nieistniejących.
czwartek, 20 lutego 2014
W pół do refleksji.
Kiedyś chciałem porównać dwa filmy, a może dwie piosenki, na pewno dwie rzeczy skrajnie różne. Takie zestawienie. Jasne i oczywiste, wszem, wobec, że do tego nie doszło. Moje teksty zawsze zawierają więcej słów niż treści, więcej nieposkładanych myśli niż sensu. Kto myśli inaczej, ten tkwi w błędzie. Może nawet w nim ugrzązł, lecz bardzo mi schlebia! Zaaferowany wypluciem kolejnego steku myśli, zwykłych, żadnych tam owoców wysublimowanej refleksji, czy jakkolwiek ktoś to potrafi ładnie ująć... w każdym razie zaaferowany całą sytuacją postanowiłem sobie przypomnieć, wracając do pierwszych słów, przypomnieć te dwie... już wiem - piosenki!
Pomysł, gdy po raz pierwszy wpadł mi do głowy wydawał się ciekawy - o wiele bardziej niż teraz. A to dlatego, że chyba wtedy jeszcze znałem puentę, a teraz próbuję jej dociec. Pierwszy utwór to znana wszystkim, a przez prawie wszystkich lubiana słodka, marzycielska ballada.
Może trochę naiwna, ale delikatna i przyjemna, szczególnie w ustach Audrey. Chce się słuchać, chce się żyć, chce się wyruszyć w wielką podróż: "there's such a lot of world to see"! Piosenka afirmująca życie. Tezie w tekście przedstawionej sprzeciwia się za to melodia z pewnego filmu.
"I've seen it all - there is no more to see".
Macie to szczęście, moi drodzy czytelnicy, domniemani, że całe błyskotliwe podsumowanie pozostawię wam. Strumienie wniosków, fontanny pomysłów. To wszystko specjalnie dla was, bo nie zdzierżę póki co pseudointelektualnych bredni i filozofowania. Jak wspominałem na początku - puenty nie pamiętam, więc jej nie będzie, co całkowicie uprości sprawę, a Was zapewne trochę zawiedzie. Nikt nie lubi czytać tekstów bez zakończenia. A tu zakończenie będzie otwarte
Pomysł, gdy po raz pierwszy wpadł mi do głowy wydawał się ciekawy - o wiele bardziej niż teraz. A to dlatego, że chyba wtedy jeszcze znałem puentę, a teraz próbuję jej dociec. Pierwszy utwór to znana wszystkim, a przez prawie wszystkich lubiana słodka, marzycielska ballada.
Może trochę naiwna, ale delikatna i przyjemna, szczególnie w ustach Audrey. Chce się słuchać, chce się żyć, chce się wyruszyć w wielką podróż: "there's such a lot of world to see"! Piosenka afirmująca życie. Tezie w tekście przedstawionej sprzeciwia się za to melodia z pewnego filmu.
"I've seen it all - there is no more to see".
Macie to szczęście, moi drodzy czytelnicy, domniemani, że całe błyskotliwe podsumowanie pozostawię wam. Strumienie wniosków, fontanny pomysłów. To wszystko specjalnie dla was, bo nie zdzierżę póki co pseudointelektualnych bredni i filozofowania. Jak wspominałem na początku - puenty nie pamiętam, więc jej nie będzie, co całkowicie uprości sprawę, a Was zapewne trochę zawiedzie. Nikt nie lubi czytać tekstów bez zakończenia. A tu zakończenie będzie otwarte
niedziela, 8 grudnia 2013
Tempo.
Dostałem ostatnio wiadomość na jednym z portali społecznościowych, którego nazwy nie wymienię, co by nie robić reklamy, antyreklamy, co by nie lokować produktu itp. itd., choć może powinienem. Wiadomość odnośnie bloga, domyślam się, że tego, może tego drugiego, ale także wchodzącego w zbiór ekshibicjonizmu psychicznego, jakkolwiek pretensjonalnie to dla mnie dzisiaj brzmi.
W tej wiadomości, sympatyczna jednostka zwróciła mi uwagę, że minęło już trochę czasu odkąd coś napisałem. A treści starsze wydawały jej się być w miarę ciekawe. Przynajmniej tak odebrałem sens tej wiadomości, która, de facto, zmusiła mnie do wystukania tych kilkunastu, -dziesięciu, -set słów.
Tempo, z góry narzucone, w jakim zmienia się życie, czasem jest po prostu zbyt szybkie i człowiek w swej naturze gotów się zagubić, zatracić, zapomnieć. O tyle dobrze, że sinusoida zmian zmienia się także, czasem po intensywnym okresie staje się bardziej płaska, łagodna. A łagodność owa daje nam ten czas, aby w końcu uporządkować te wszystkie zmiany, ten cały burdel stworzony przez szalejące, dziką pasją opętane tornado.
Właśnie sprzątam.
Myślę, że jeszcze trochę to sprzątanie mi zajmie.
Chyba, że wpadnę w kolejny wir.
Wiatr się wzmaga.
M.
środa, 26 czerwca 2013
Bądź brzozą.
Podstawowym sposobem porozumiewania się ludzi jest komunikacja werbalna a więc słowo. Słowo od którego podobno wszystko się zaczęło. Czasem słowa jednak nie są wystarczające, w takich sytuacjach więcej informacji potrafimy przekazać za pomocą gestykulacji czy mimiki. Taki wzmocniony przekaz powinien być łatwy do zrozumienia dla naszego rozmówcy, oczywiście jeżeli włada on naszym językiem i pochodzi z tego samego kręgu kulturowego. Weźmy taką dobrze skonstruowaną wypowiedź... poprawnie zbudowane zdanie, pewność, że rozmówca zna słowa, którymi się posługujemy, odpowiednia intonacja i artykulacja a do tego odpowiednia mimika i gestykulacja. Nasz przekaz powinien być już oczywisty, ale czy dzieje się tak w rzeczywistości? Co sprawia, że ludzie mimo jasnych komunikatów nie potrafią się zrozumieć? Ograniczenie intelektualne? Zacietrzewienie? A może niechęć jednej ze stron do osiągnięcia porozumienia?
Zazwyczaj staram się, szczególnie przy tzw. ważnych rozmowach poruszających problemy, konstruować wypowiedź jasno, akcentować odpowiednie słowa nie mówiąc jednak wszystkiego. Nie sztuką jest powiedzieć wszystko, człowiek w pewnych sytuacjach powinien zamilknąć, dać swojemu rozmówcy do zrozumienia co chciałby powiedzieć, co myśli, ale niekoniecznie werbalizować wprost owo zagadnienie. Podstawowymi zagrożeniami dla takiego sposobu myślenia są ograniczenie rozmówcy oraz ogromne różnice w procesie poznawczym obu osób. Ludzie niewyczuwający ironii, sarkazmu i innych zabiegów mających na celu przedstawienie poglądów w sposób nie wprost uważani są za osoby o niższym niż przeciętny poziomie intelektualnym. W tym wypadku z góry jesteśmy skazani na porażkę, bowiem nauczenie kogoś odbierania przekazu spomiędzy słów nie należy do łatwych, jeżeli w ogóle jest możliwe, a na pewno nie jest dostępne dla wszystkich. W drugim przypadku stajemy przed ścianą i zaczynamy walkę. Jak wiadomo, ciężko walczyć ze ścianą; ściana zbudowana jest z innych materiałów niż my i zapewne inaczej postrzega świat, jeżeli w ogóle to robi (dla potrzeb tego rozumowania przyjmijmy, że tak jest). Tak więc ściana patrząca na nas z góry bądź z dołu zdaje się mieć zupełnie odmienną od nas perspektywę. Może udawać, że nas rozumie, my też możemy to robić, jednak nie prowadzi to do porozumienia faktycznego. Możemy ścianie tłumaczyć, ona może zrozumieć albo nie, może także starać tłumaczyć nam pewne rzeczy. Możemy także kucnąć lub wspiąć się, aby być na wysokości naszego rozmówcy i spróbować spojrzeć jego oczyma na świat, wiedząc, że on/a tego nie potrafi.
Problem jest jednak taki, że ściana to dąb a nie brzoza. Ścianę albo trzeba zaakceptować albo zburzyć. Tak samo jest z dębem, brzoza się ugnie. Najlepszym więc parterem do rozmów są brzozy, nie dlatego że zdają się one nie mieć własnego zdania, o nie! Brzozy zdają się być najlepsze ze względu na ich elastyczność, która pozwala im spojrzeć na zagadnienie omawiane z różnych perspektyw, bez potrzeby łamania się. Brzoza może spojrzeć z dołu i z góry a potem trwać pionowo przy swoim. Brzoza rozumie, bo nie ogranicza jej schemat poprzez jaki dąb czy ściana zostali już dawno ograniczeni z chwilą narodzin, powstania. Brzoza pragnie zrozumieć ale i porozumieć się, czego dąb czy ściana zrobić nie chcą, bo koszt takich pertraktacji byłby dla nich zbyt wysoki. Wyrastali oni bowiem w sztampie, więc nawet jeżeli się starają, nie są w stanie się zmienić, ani spojrzeć na zagadnienie z innej perspektywy. Taki typ jest nastawiony na pielęgnację tylko własnych potrzeb, uważając że tylko one są w życiu ważne. Porozumienie w takim przypadku niemożliwe jest do osiągnięcia. Nie lękaj się, bądź brzozą.
czwartek, 6 grudnia 2012
Egzamin.
Jutro pierwszy egzamin. Pierwszy egzamin w tym roku akademickim, a co za tym idzie pierwsze prawdziwe emocje. W związku z powyższym powinienem naostrzyć piłę i rżnąć ostro zadany materiał. Jak zwykle chęci są, i jak zwykle wychodzi... jak zwykle!
Zawsze w takich momentach, sytuacjach podbramkowych, przedegzaminowych, przypomina mi się, że...
muszę posprzątać w kuchni. Pozmywać naczynia i umyć zlew. Piekarnik także długo już nie mógł się doprosić czyszczenia, dziś mu więc ulegnę. Gotowanie? Czemu nie! Z chęcią podskoczę do lodówki, przejrzę co jest, czego nie ma, może podjem tutaj coś, może tam. Kawka, herbatka, ciasteczko! Wyjątkowo krzywo zasłane łóżko - muszę coś z tym zrobić. Czuję się jak perfekcyjna pani domu!
Mimo usilnych starań nie przeglądania internetowych portali rozrywkowych, informacyjnych, aukcyjnych itp. zawsze znajduję coś nowego, coś równie interesującego. Szkoda, że na co dzień mało mnie interesują przedegzaminowe czynności. Chwila! Muszę wyjąć pranie i wstawić następne (teraz kuchenne ścierki!). Bardzo żałuję, ale nic na to poradzić nie mogę. Taki już jest los studenta. Przywyknij albo zgiń.
poniedziałek, 26 listopada 2012
Nagość mnie nie podnieca.
Siadam z kumplem w jednym z warszawskich pubów. Zamawiamy piwo i zaczynamy rozmawiać. Tym razem o seksie. O tym dlaczego ludzie o seksie nie rozmawiają i o tym, że fajnie, że chociaż my to robimy (rozmawiamy!). Nie tyle między sobą (bo nic w tym dziwnego), ale w naszych różnorakich związkach i związkopodobnych relacjach. Jak zwykle wchodzimy w poetykę wielkich myślicieli XXI wieku i rozrysowujemy w naszych głowach najróżniejsze scenariusze. W pewnym momencie, mniej więcej po wypiciu połowy ciemnego, czeskiego trunku, przypomina nam się śmieszna książka o seksie, napisana dla nastolatków. Wyśmiewamy porady o masturbacji analnej gotowaną marchewką i inne perełki. Zatrzymujemy się na chwilę przy temacie pornografii.
Co z tym porno?
Oglądałem ostatnio porno, żeby zobaczyć jak wygląda na retinie (nowy ekran w macbookach o dużo wyższej rozdzielczości), nic nowego, nic ciekawego - skonstatował kumpel i tym dał mi do myślenia. Czy przeciętny człowiek w dzisiejszych czasach nie jest zniszczony przez wszechobecną nagość? Czy część problemów łóżkowych nie bierze się z jej nadmiaru? Myślę i myślę, i wymyśliłem.
Nagość mnie nie podnieca.
Wręcz przeciwnie, często nudzi. Zabieg marketingowy, który miał zwracać uwagę na produkty promowane przez seksownie wyglądających ludzi, nie działa już na mnie w najmniejszym stopniu. Działa wręcz przeciwnie, odrzucająco. Mam dość tego, że marketingowcy wciąż traktują mnie jak osobę, która kupuje sok ze względu na wzwód. Obserwując ludzi na ulicach, także dochodzę do wniosku, że prawie nikt nie zwraca już uwagi na roznegliżowane ciała na bilbordach. Mimo to wiele fanpejdżów na fejsbuku ciągle promuje swoje strony przez dodawanie zdjęć emanujących nagością. Ciekaw jestem, jak wiele osób lubi je po prostu dla zasady i wrażenia estetycznego, a ile z powodu przyjemniejszych doznań?
Kiedyś kawałek odsłoniętej nogi, czy klatki piersiowej był czymś pobudzającym. Teraz z każdej strony atakują nas wyuzdane/ni gimnazjalistki/ści, balonowe reklamy i te, co "za darmo dadzą ci puszki". Przez to nasze wymagania w łóżku rosną, bo na co dzień atakuje nas tyle bodźców, że na większość z nich się uodporniamy. W połączeniu z brakiem rozmów (seks=tabu) domyślam się, że znamy już podstawową przyczynę frustracji naszego społeczeństwa. Rodacy, do łóżek!
Co z tym porno?
Oglądałem ostatnio porno, żeby zobaczyć jak wygląda na retinie (nowy ekran w macbookach o dużo wyższej rozdzielczości), nic nowego, nic ciekawego - skonstatował kumpel i tym dał mi do myślenia. Czy przeciętny człowiek w dzisiejszych czasach nie jest zniszczony przez wszechobecną nagość? Czy część problemów łóżkowych nie bierze się z jej nadmiaru? Myślę i myślę, i wymyśliłem.Nagość mnie nie podnieca.
Wręcz przeciwnie, często nudzi. Zabieg marketingowy, który miał zwracać uwagę na produkty promowane przez seksownie wyglądających ludzi, nie działa już na mnie w najmniejszym stopniu. Działa wręcz przeciwnie, odrzucająco. Mam dość tego, że marketingowcy wciąż traktują mnie jak osobę, która kupuje sok ze względu na wzwód. Obserwując ludzi na ulicach, także dochodzę do wniosku, że prawie nikt nie zwraca już uwagi na roznegliżowane ciała na bilbordach. Mimo to wiele fanpejdżów na fejsbuku ciągle promuje swoje strony przez dodawanie zdjęć emanujących nagością. Ciekaw jestem, jak wiele osób lubi je po prostu dla zasady i wrażenia estetycznego, a ile z powodu przyjemniejszych doznań?
Kiedyś kawałek odsłoniętej nogi, czy klatki piersiowej był czymś pobudzającym. Teraz z każdej strony atakują nas wyuzdane/ni gimnazjalistki/ści, balonowe reklamy i te, co "za darmo dadzą ci puszki". Przez to nasze wymagania w łóżku rosną, bo na co dzień atakuje nas tyle bodźców, że na większość z nich się uodporniamy. W połączeniu z brakiem rozmów (seks=tabu) domyślam się, że znamy już podstawową przyczynę frustracji naszego społeczeństwa. Rodacy, do łóżek!
niedziela, 25 listopada 2012
Rozmawiajmy o seksie.
Rozmowy o seksie to niestety wciąż rzadkość w wielu związkach. Seks jest jednym z kluczowych czynników udanego związku i nie ma co tego ukrywać. Nie powinno się więc marginalizować jego roli, a tym bardziej unikać rozmów, udawać, że wszystko jest w porządku. Szczególnie, kiedy poziom satysfakcji partnerów z ich życia łóżkowego jest niski.
Nie zupełnie moim zamiarem jest snucie domysłów z czego wynika takie podejście, czy to po prostu polska obyczajowość, czy to religia, pruderyjność. Wydaje mi się jednak, że jest to taki mix. Mix wynikający już z dawnych czasów, kiedy hipokryzja w temacie seksu przedmałżeńskiego sięgała zenitu.
Moje pytanie brzmi: Dlaczego o tym nie rozmawiamy?
Przyjaciółki twojej dziewczyny wiedzą dużo więcej o jej zadowoleniu (co gorsza o niezadowoleniu też) z waszych łóżkowych igraszek, niż ty sam. Przyjacielowi zwierzysz się w tym temacie, ale swojej drugiej połówce powiedzieć się wstydzisz. Niezależnie od płci i orientacji boimy się mówić o seksie. Dziwi mnie to tym bardziej, że Polacy są raczej czepliwym narodem, potrafią sobie wytknąć niemalże wszystko. Stereotypowo - mężowie zwrócą uwagę na przypalony obiad, żony na niezatankowany samochód. Ale ile razy kobieta powie, że ma dość leżenia na sobie jej sapiącego partnera, próbującego zadowolić tylko siebie? Ile razy mężczyzna wyzna, że chciałby spróbować czegoś nowego, a nie tylko ta misjonarska i misjonarska? Co więcej... jak już dojdzie do takiej konfrontacji, to jak często partnerzy potrafią się wzajemnie przed sobą otworzyć i przyznać sobie rację.
Rozmowy te jednak nie powinny być tylko rozmowami o problemach w łóżku. O seksie, mimo że jest dobry, można nadal rozmawiać, przez co powinien stać się jeszcze lepszy i bardziej satysfakcjonujący, a jeżeli myślimy o długich latach wspólnego życia, nudzie w tej sferze trzeba zapobiec. Najlepiej z wyprzedzeniem! Otwórzcie się więc na waszych partnerów/ki i rozmawiajcie. Bez zbędnej krępacji i pruderii.
Moje pytanie brzmi: Dlaczego o tym nie rozmawiamy?
Przyjaciółki twojej dziewczyny wiedzą dużo więcej o jej zadowoleniu (co gorsza o niezadowoleniu też) z waszych łóżkowych igraszek, niż ty sam. Przyjacielowi zwierzysz się w tym temacie, ale swojej drugiej połówce powiedzieć się wstydzisz. Niezależnie od płci i orientacji boimy się mówić o seksie. Dziwi mnie to tym bardziej, że Polacy są raczej czepliwym narodem, potrafią sobie wytknąć niemalże wszystko. Stereotypowo - mężowie zwrócą uwagę na przypalony obiad, żony na niezatankowany samochód. Ale ile razy kobieta powie, że ma dość leżenia na sobie jej sapiącego partnera, próbującego zadowolić tylko siebie? Ile razy mężczyzna wyzna, że chciałby spróbować czegoś nowego, a nie tylko ta misjonarska i misjonarska? Co więcej... jak już dojdzie do takiej konfrontacji, to jak często partnerzy potrafią się wzajemnie przed sobą otworzyć i przyznać sobie rację.
Rozmowy te jednak nie powinny być tylko rozmowami o problemach w łóżku. O seksie, mimo że jest dobry, można nadal rozmawiać, przez co powinien stać się jeszcze lepszy i bardziej satysfakcjonujący, a jeżeli myślimy o długich latach wspólnego życia, nudzie w tej sferze trzeba zapobiec. Najlepiej z wyprzedzeniem! Otwórzcie się więc na waszych partnerów/ki i rozmawiajcie. Bez zbędnej krępacji i pruderii.
piątek, 23 listopada 2012
*
Przeczytałem ostatnio, że prawdziwi pisarze piszą, reszta szuka wymówek. Zastanawia mnie kim jest prawdziwy pisarz, a kim jest reszta? Czy bezwartościowe pisanie jest lepsze niż jego brak?
Mam wrażenie, że to trochę jak budowanie dróg w Polsce. Budowniczy ma budować, inaczej jest dupa, nie budowniczy! Budują więc i budują. A z jakim skutkiem, każdy widzi.
M.
Mam wrażenie, że to trochę jak budowanie dróg w Polsce. Budowniczy ma budować, inaczej jest dupa, nie budowniczy! Budują więc i budują. A z jakim skutkiem, każdy widzi.
M.
niedziela, 11 listopada 2012
Paranoje we dwoje. Polska i ja. 11 listopada.
Problemem współczesnej Polski , a przynajmniej części jej mieszkańców, coraz częściej są teorie spiskowe i brak zaufania do kogokolwiek. O ile nie byłoby w tym nic dziwnego i nic złego, gdyby (tak jak do tej pory) węszący spiski działali w swoim małym spiskowym światku, o tyle jeżeli quasi problem zaczyna pojawiać się w przestrzeni publicznej za przyzwoleniem mediów, z ust wodza jednej z czołowych polskich partii politycznych, to zaczyna dziać się źle.
Dziać źle, co oczywiste, zaczęło się już dawno, dawno temu. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że nigdy nie było dobrze. W Polsce przeświadczenie o potrzebie kopania i gnojenia na każdym kroku władzy (którą, de facto sami wybieramy) jest tak duże, że nawet rząd utworzony z samych etyków i intelektualistów poległby. Problem jest w tym, że przeciętny Polak nie rozumie instytucji państwa. Nie ma pojęcia o mechanizmach administracyjnych! Wszyscy natomiast wiedzą, że jest źle, że powinno być inaczej, tylko jakoś pomysłów na zmiany nie widać. Nie widać dlatego, że często zmiany w dotychczasowym prawie i ich wprowadzenie mogłoby stworzyć jeszcze większy bałagan, i wygenerować jeszcze większe koszty. Nie oznacza to, że nie należy niczego zmieniać, oznacza to jedynie tyle, że nie wszystkie zmiany mogą nastąpić tak szybko jak powinny. Niczyja w tym wina.
Nie staram się teraz wybielić polskiej polityki. Stwierdzam jedynie, że za mało w krytyce społeczeństwa jest treści merytorycznych, a za dużo emocjonalnych. Czasami decyzje rządzących są absurdalne i abstrakcyjne, czasami decydenci manipulują, tworzą swoje gierki, układy, systemy - byle dorobić na boku, a przy okazji pozwolić dorobić całej rodzinie. Dlatego też w normalnym kraju dużą rolę odgrywają mass-media.
Ostatnimi czasy jednak mamy kryzys zaufania wobec władzy i wobec mediów. Kryzys stworzony dzięki skrajnie prawicowym partiom. To co dziś śledzę, 11 listopada - Marsz Niepodległości, ONR. A wcześniej PiS, Rydzyk, TvTrwam. Ciężko spojrzeć na to inaczej. Byłbym w stanie zrozumieć brak zaufania do jeden stacji, natomiast przeglądając grafiki wyżej wymienionych ugrupowań, okazuje się, że już nie tylko TVN, ale i Polsat, i TVP nas okłamują.
Okłamują nas wszystkie media i wszystkie partie, poza tą jedną, wybraną przez Boga. Takie podejście i pranie umysłów ludzi popierających powyższe ugrupowania może być bardzo niebezpieczne w skutkach. Paranoję, którą odczuwają ci ludzie widać już dookoła. Pytanie brzmi - jak daleko to zajdzie? Przecież człowiek, który uważa, że cały świat uwziął się na niego, jest niebezpieczny dla społeczeństwa. A takimi informacjami bombardowani są współcześni ludzie skrajnej prawicy, okazuje się, że ludzie ci mogą oglądać programy jednej słusznej stacji telewizyjnej, słuchać jednego słusznego radia i czytać dwa, czy trzy słuszne pisma. Czy na prawicy właśnie umiera wolność słowa, poglądów?
Ze środowiskami lewicowymi, centrolewicowymi, centralnymi i centroprawicowymi jest o tyle lepiej, że potrafią oddzielić ziarno od plew, filtrować informację. Środowiska te, mimo różniących je poglądów, potrafią myśleć i osiągać w wielu sytuacjach konsensus. Jednak historia nam podpowiada, że najłatwiej rządzi się głupim ludem, wierzącym święcie w racje wodza, myślenie zawsze było tępione przez totalitarne władze.
Dziś będziemy znów mieć przykład jak nazywający się "prawdziwymi patriotami" ONR-owcy zniszczą kilka przystanków, wyrwą trochę kostki brukowej aby powybijać kilka okien, spalą jakiś wóz transmisyjny i pobiją gros ludzi idących w innych marszach. Taki to patriotyzm ludzi głupich, w ich przekonaniu muszą walczyć właśnie z głupotą, lewackim ścierwem i propagandą, ale w swoich górnolotnych wyobrażeniach nie potrafią skonstatować, że niszcząc infrastrukturę miejską, niszczą coś za co poniekąd sami płacą.
M.
sobota, 14 kwietnia 2012
Titanic 3D!
[www.filmweb.pl]
Pamiętam też jak w końcu Titanic wszedł na srebrny ekran i mogłem obejrzeć film marzeń, cóż może cali przekątnej trochę mniej miał ekran mojego telewizora niż ten kinowy, ale wrażenie i tak było piorunujące. Piorunujące - tak, jednak nie poczułem się na tyle wzruszony aby płakać. To był błąd - jak myślałem. Czułem ogromną, olbrzymią presję społeczną! Na filmie Titanic musisz płakać, jest to tak romantyczna, dramatyczna, łzawa historia. Miłość, nienawiść, śmierć - brzmi banalnie. Może i tak, natomiast ową presję czułem i nie potrafiłem się tej presji poddać. Nie płakałem przez cały film, chociaż naturalnie było mi w pewien sposób przykro. Zresztą co dziesięciolatek może odczuwać widząc wielką miłosną opowieść, skoro miłości romantycznej nie miał okazji poznać. W każdym razie presja, którą odczuwałem wygrała podczas napisów końcowych. Wymusiłem kilka łez i poczułem katharsis! Tak, byłem wolny! Wypłakałem te emocje i w szkole mogłem się pochwalić, że też jestem tak wrażliwy jak wszyscy inni...
Możliwość powrócenia do klasyki amerykańskiego kina po piętnastu latach była czymś niesamowitym. Niesamowitym dlatego, że nigdy nie spodziewałem się, że uda mi się zobaczyć Titanica w kinie. Zwykłem dzielić filmy pojawiające się w kinie na te kinowe, i te, które obejrzane na mniejszym ekranie nie tracą na swej wartości. Titanic z pewnością jest filmem kinowym. Zaskakujący jest fakt, że reklama Play zrobiona w 3D była lepszej jakości niż sam film. Wmawiane nam użycie techniki 3D jest jedną wielką pomyłką i wkrętem, jednak film sam się broni, jest świetny sam w sobie i czy w 3D, czy nie, warto go zobaczyć na wielkim ekranie!
Oddany,
M.
środa, 28 marca 2012
Proces
"Uważasz to, co przyjaciele dla ciebie robią, za coś, co się samo przez się rozumie. Zresztą twoi przyjaciele, przynajmniej ja, robimy to chętnie. Nie chcę i nie potrzebuję też żadnej podzięki, jak tylko, byś mnie kochał." Proces, F. Kafka
środa, 21 marca 2012
Jeszcze czekam.
Pierwszy to dzień wiosny, dzień wagarowicza.
Życie! Och! - do życia budzić się powinno!
Ciekawe czy czytasz ten mój list z ukrycia,
ciekawe czy czujesz jak mi pisząc zimno.
Pierwszy to dzień życia, dzień, cóż, odrodzenia,
chociaż topi smutki, topi też wspomnienia.
Droga moja kręta, tu szlaban, tam tory,
nie chcę się zatrzymać, chcąc dać Ci dziś fory.
Może stąd się dowiesz, co siedzi w mej głowie,
tego sam nie powiem, nikt też nie wypowie.
Kiedy mgła zawłaszczy nasze wspólne plany,
ja nic nie poczuję, czując się kochany.
Choć głową uderzę
o twarde kamienie,
labirynt czeluści,
kolejne zgubienie...
Chyba stąd się dowiesz, co siedzi w mej głowie,
tego sam nie powiem, nikt też nie dopowie.
Szukając mnie tu,
odnajdziesz mnie tam.
Jeśli będę czekał...,
może pójdę sam?
/Pewnie będę czekał,
zanim pójdę sam.
Jeśli będziesz czekać,
pewnie pójdę sam./
Oddany,
M.
poniedziałek, 19 marca 2012
Słowo.
Słowo, od niego podobno się zaczęło. "Na początku było słowo, a słowo ciałem się stało". Mówią, że to właśnie od słowa wszystko pochodzi. A co jeżeli nie słowo wypowiedziane? Myśl! Może to niewypowiedziana myśl tworzy słowa, które ciało może zwerbalizować. Ale czy myśl musi być słowem?
A co jeśli nie myśl, nie słowo. Świat zewnętrzny, zmysły, zdarzenia, sytuacje. Może to on, one. Pobudzają umysł. Umysł, który tworzy myśl, myśl, która jest odpowiedzią na otoczenie. "... słowo ciałem się stało..." - może więc na odwrót - ciało stworzyło słowo?
Słowo nigdy nie jest pierwsze. Zawsze było, jest i będzie wynikiem myśli.
A myśl reakcją.
Na co?
Oddany,
M.
A co jeśli nie myśl, nie słowo. Świat zewnętrzny, zmysły, zdarzenia, sytuacje. Może to on, one. Pobudzają umysł. Umysł, który tworzy myśl, myśl, która jest odpowiedzią na otoczenie. "... słowo ciałem się stało..." - może więc na odwrót - ciało stworzyło słowo?
Słowo nigdy nie jest pierwsze. Zawsze było, jest i będzie wynikiem myśli.
A myśl reakcją.
Na co?
Oddany,
M.
wtorek, 13 marca 2012
Przestrzeń wspólna
Przestrzeń wspólna.
Homo est animal sociale
Człowiek jest istotą
społeczną jak głosił Arystoteles. To właśnie dzięki społeczeństwu, albo przez
nie, każda nowa w nim jednostka buduje swoją osobowość społeczną. W
społeczeństwie człowiek może się realizować, może na nie oddziaływać ale musi
liczyć się z reakcją na każdy swój czyn.
Akcja, reakcja - nim dziecko dowie się o takim prawie z lekcji fizyki,
odczuje je nie raz, nie dwa na własnej skórze, podczas interakcji z dziećmi w
przedszkolu.
Bardzo bym chciał aby tekst ten został utrzymany w tym lekko
patetycznym nastroju. Żeby atmosfera, którą spowodowało wspomnienie łacińskiej
mądrości i imienia filozofa sprzed wieków opiewała między wersami, między
słowami, aż do ostatniej kropki! NIESTETY. Magiczne puff. A może na szczęście?
Na szczęście będzie znów z przymrużeniem oka i bez zbędnej pompa-
bombastyczności!
Homo homini lupus
Człowiek, człowiekowi wilkiem parafrazując Plauta. Wybaczcie,
nie mogłem się powstrzymać, łacina rządzi. Chociaż prawda jest taka, że na polskim
podwórku, na polskim chodniku i w polskim kinie (a jak!) łacina ma się dobrze, rodacy
kochają przecinać nią zdania – dlatego ja kroję nią tekst, tnę na części, zamiast
akapitów! Nie ma co jednak narzekać, Polak nie tylko łaciną na chodniku się
posługuje, ale także śpiewnie atakuje angielskim, faktycznie,
nie można zarzucić, że Polacy nie znają języków obcych! Oj znają, znają. Jednak
mało są wrażliwi społecznie, chociaż zdarzy się, że starszej pani w przypływie nagłego heroizmu
spowodowanego martyrologiczną nagonką polskiej kinematografii miejsca ustąpi w
tramwaju młody chłopiec, czując przy tym napływ tak silnych emocji jakby co najmniej
ową babcię (rodowitą Polkę na schwał!) uratował przed bliższym fizycznym
kontaktem z jakimś dziadkiem z Wermachtu! Pot mu po czole spływa, słyszy
oklaski motorniczego i podziw społeczny otula go jak dobrze ścięty kardigan. Może
jednak Polacy to naród społecznie uwrażliwiony, tylko niemyślący społecznie?
Cogito ergo sum
Myślę więc jestem – Kartezjusz. Młodzieniec
dostrzegł w końcu tę uroczą, biedną staruszkę (która prawdopodobnie od co najmniej piętnastu
minut nad nim stała, dygotała, sapała i charkała) kiedy to zapach jej pamiętającej
czasy Lenina wazeliny wywarł wystarczająco silną presję na jego receptorach węchu! Nie można więc zarzucić, że nie jest wrażliwy społecznie.
Po prostu niewystarczająco jest spostrzegawczy, gdyby był, reakcja byłaby przecież natychmiastowa! Niespostrzegawczy Polak cechuje się też tym, że nie zauważa, że do
autobusu chce wejść dwadzieścia osób, a cały przegub jest pusty. Stanie przy
wejściu jak ta kłoda i nie ruszy, nie wejdzie sam głębiej, ale i innym nie da. "Jestem kłodą, jestem kłodą" zdaje się myśleć jegomość. W byciu kłodą pomaga stoicki spokój, niezwracanie uwagi na
jakiekolwiek drgania egzogeniczne. Należy także być tak roztargnionym, że gdy
kilka osób stojących za kłodą w autobusie chce wyjść, kłoda pośrodku wyjścia
stać będzie, ale nie zmieni swojego położenia. "Jestem kłodą, jedyną kłodą w tym
autobusie, spokój mnie ogarnia, jestem spokojem". Na pewno te kłody są wrażliwe
społecznie, jednak niezbyt bystre, intelektualnie niedopracowane. Polacy w
ogóle lubią być kłodami. Kłody pod nogi! To tak jak stanąć przy przejściu dla
pieszych, ale stać tam i rozmawiać pięcioosobową grupą i nie przechodzić na
drugą stronę mimo zielonego światła, zablokować w analogiczny sposób wąskie korytarze na
uczelniach, dodatkowo wyciągając kłodkonóżki jak szlabany! To nie brak
wrażliwości, to brak wystarczającej ilości zwojów mózgowych. Coś nie do
nadrobienia!
Ab alio exspectes,
alteri quod feceris
Od
innego oczekuj tego, co robisz drugiemu - to nie Yoda tylko Seneka. Spostrzegłem przeto ja, że
moja społeczna wrażliwość wzrasta z każdym dniem, okazuje się, że można, że
wcale nie boli, że wcale nie wymaga wielkiego wysiłku intelektualnego, trochę
empatii. Empatia! Słowo klucz. Dlatego następnym razem jak będziecie w sklepie
z ogromnym wózkiem z zakupami, przepuśćcie człowieka z butelką piwa, niech nie
czeka piętnastu minut spragniony biedaczek! Rozmawiając w grupie zejdźcie z
najbardziej ruchliwej części chodnika czy korytarza! A w autobusie myślcie o
sobie raczej jako o brzozie, niż o dębie, a najlepiej jak o gazie a nie o g****e.
Karakuliambro!
środa, 25 stycznia 2012
Same FUSY!
Miałem dziś okazję wstąpić do uroczej herbaciarni położonej nieopodal Rynku Starego Miasta, ul. Nowomiejska 10 (Warszawa)! Już na wstępie, na dzień dobry powitało mnie mile dla oka przystrojone wejście. Po przejściu przez krótki korytarz stanąłem z niepokojem na krawędzi, przede mną kilka stromych stopni prosto (a właściwie po skosie) do serca herbaciarni!
Surowe i ciepłe, to dwa słowa które najlepiej oddają wystrój owego wnętrza. Surowe ze względu na kamienno-drewniane wykończenie, sztywne drewniane krzesła o wysokim oparciu, betonowe plamy na ścianach przyozdobione bardzo delikatnymi wzorami. Ciepły ze względu na kolory (ale i temperaturę!), ceglaste łuki, drewniane meble, stoły z podświetlanymi kamiennymi (?) blatami, świeczki i Panią w długiej spódnicy dającą wrażenie przebywania w zupełnie innym świecie!
W tle słyszymy cichą i spokojną muzykę, często instrumentalną, do ręki dostajemy menu o okładce z drewna. Mamy do wyboru sto trzydzieści rodzajów herbaty, może nie tyle rodzajów co mieszanek. Dokonanie wyboru staje się więc nie lada wyzwaniem dla osób mających problem z podejmowaniem decyzji! Istnieją mieszanki wspomagane mocniejszymi trunkami i specjalne zimowe menu rozgrzewające, w którym znajdziemy malinówko-imbirówkę, oczywiście w postaci grzańca! Nie da się ukryć - imbir jest ścierany na miejscu, prosto do napoju, co czyni jego smak bardzo mocnym. Do tego w rozgrzewającym menu nie zabrakło także kultowej, kojarzącej się raczej ze stokiem, szarlotki na ciepło... także w opcji z lodami. (Całkiem smaczna! Chociaż dla mnie ciut za słodka.) Mówiąc już o łakociach, należy też wspomnieć, że ceny takich przyjemności wahają się od ok. 14, 15 zł. do ok. 40 zł. za herbatę (podawaną w dzbanuszkach).
Same Fusy z pewnością są ciekawą alternatywą na spędzenie miłego wieczoru w świecie, gdzie wszystko jest do góry nogami*, wśród uspokajającej muzyki i ludzi, którzy mówiąc nie krzyczą. Małe herbaciane niebo, odrobina relaksu i oczyszczenia.
Polecam!
Oddany,
M.
* zwróćcie uwagę na fotografie na ścianach
PS
Warto wspomnieć o obsłudze, która jest naprawdę nastawiona na klienta, szczególnie tego niezdecydowanego - podawane są próbki mieszanek do powąchania. Warto też dodać, że cukier mają magiczny (gruby, brązowy, kandyzowany).
Surowe i ciepłe, to dwa słowa które najlepiej oddają wystrój owego wnętrza. Surowe ze względu na kamienno-drewniane wykończenie, sztywne drewniane krzesła o wysokim oparciu, betonowe plamy na ścianach przyozdobione bardzo delikatnymi wzorami. Ciepły ze względu na kolory (ale i temperaturę!), ceglaste łuki, drewniane meble, stoły z podświetlanymi kamiennymi (?) blatami, świeczki i Panią w długiej spódnicy dającą wrażenie przebywania w zupełnie innym świecie!
W tle słyszymy cichą i spokojną muzykę, często instrumentalną, do ręki dostajemy menu o okładce z drewna. Mamy do wyboru sto trzydzieści rodzajów herbaty, może nie tyle rodzajów co mieszanek. Dokonanie wyboru staje się więc nie lada wyzwaniem dla osób mających problem z podejmowaniem decyzji! Istnieją mieszanki wspomagane mocniejszymi trunkami i specjalne zimowe menu rozgrzewające, w którym znajdziemy malinówko-imbirówkę, oczywiście w postaci grzańca! Nie da się ukryć - imbir jest ścierany na miejscu, prosto do napoju, co czyni jego smak bardzo mocnym. Do tego w rozgrzewającym menu nie zabrakło także kultowej, kojarzącej się raczej ze stokiem, szarlotki na ciepło... także w opcji z lodami. (Całkiem smaczna! Chociaż dla mnie ciut za słodka.) Mówiąc już o łakociach, należy też wspomnieć, że ceny takich przyjemności wahają się od ok. 14, 15 zł. do ok. 40 zł. za herbatę (podawaną w dzbanuszkach).
Same Fusy z pewnością są ciekawą alternatywą na spędzenie miłego wieczoru w świecie, gdzie wszystko jest do góry nogami*, wśród uspokajającej muzyki i ludzi, którzy mówiąc nie krzyczą. Małe herbaciane niebo, odrobina relaksu i oczyszczenia.
Polecam!
Oddany,
M.
* zwróćcie uwagę na fotografie na ścianach
PS
Warto wspomnieć o obsłudze, która jest naprawdę nastawiona na klienta, szczególnie tego niezdecydowanego - podawane są próbki mieszanek do powąchania. Warto też dodać, że cukier mają magiczny (gruby, brązowy, kandyzowany).
wtorek, 20 grudnia 2011
Śnieg a zakupy!
W tym roku mamy nieprzeciętną okazję przyjrzeć się żmudnym działaniom marketingowców, PR-owców i innych specjalistów odpowiedzialnych za promocję, wizerunek firmy, a w końcu za sprzedawanie nam, klientom, jak największej i najdroższej liczby produktów, z zupełnie innej strony, a wszystko ze względu na jeden czynnik. A właściwie jego brak, który to umożliwia nam spojrzenie trzeźwym okiem na treści, które spece od reklamy starają nam się wpajać, a które odbierane bez uchylonej odpowiednio wcześniej furtki emocjonalnej, wydają się być... no właśnie, jakie?
Wielkimi krokami zbliża się okres świąteczny, okres przedświąteczny już trwa. Zwykle okres przedświąteczny zaczyna się już na miesiąc przed Wigilią! Co to oznacza w praktyce? Wszyscy dobrze wiemy, nagle na ulicach, balkonach i we wszystkich marketach, i centrach handlowych pojawiają się ozdoby świąteczne, aniołki, gwiazdki, choinki i lampki, i wiele innych, w tle za to słyszymy znane nam przeboje typu Last Christmas czy Let it snow! Nikogo to nie dziwi i tak naprawdę zastanawiający powinien być fakt, dlaczego w ogóle opisuję taką oczywistą oczywistość?
Bo nie ma śniegu.
Wcale nie przeszkadza mi ów brak, ponieważ mrozu i śniegu nie lubię, niech śnieg będzie w górach, a w miastach drogi pozostaną czarne. Jeżeli jednak spojrzeć na ogół społeczeństwa i porozmawiać z ludźmi dookoła, okazuje się, że atmosfery świąt brakuje, a ogromne śnieżynki wiszące nad głowami klientów w jednym z warszawskich centrów handlowych wyglądają śmiesznie, szczególnie, że dach pod którym śnieżynki są podwiązane jest przeszklony, a na nim śniegu brak, za to widzimy bezchmurne niebo i czujemy przyjemnie grzejące słońce.W takiej sytuacji można się poczuć jakby ktoś chciał nam wmówić, że czarne jest białe i na odwrót. Toteż czujemy, że wmawiają nam, że jest zima, a gdy spojrzymy za okno widzimy jedynie jesienny krajobraz... wmawiają nam, że są święta, a świąt nie czuć.
Ciekaw więc jestem, czy brak śniegu wpłynie w jakiś sposób na wybory konsumenckie. Czy spowodowany tym faktem brak świątecznej atmosfery spowoduje mniejszy entuzjazm na zakupach (pomijając wpływ kryzysu !). Działania marketingowe wyglądają podobnie do tych sprzed roku, czy dwóch, jednak w kontekście takiej pogody wydają się być w większości przypadków wymuszone i sztuczne. Tak jak spot promujący Warszawę zimą, na którym możemy zobaczyć Nowy Świat pokryty białym puchem.
Oddany,
M.
Wielkimi krokami zbliża się okres świąteczny, okres przedświąteczny już trwa. Zwykle okres przedświąteczny zaczyna się już na miesiąc przed Wigilią! Co to oznacza w praktyce? Wszyscy dobrze wiemy, nagle na ulicach, balkonach i we wszystkich marketach, i centrach handlowych pojawiają się ozdoby świąteczne, aniołki, gwiazdki, choinki i lampki, i wiele innych, w tle za to słyszymy znane nam przeboje typu Last Christmas czy Let it snow! Nikogo to nie dziwi i tak naprawdę zastanawiający powinien być fakt, dlaczego w ogóle opisuję taką oczywistą oczywistość?
Bo nie ma śniegu.
Wcale nie przeszkadza mi ów brak, ponieważ mrozu i śniegu nie lubię, niech śnieg będzie w górach, a w miastach drogi pozostaną czarne. Jeżeli jednak spojrzeć na ogół społeczeństwa i porozmawiać z ludźmi dookoła, okazuje się, że atmosfery świąt brakuje, a ogromne śnieżynki wiszące nad głowami klientów w jednym z warszawskich centrów handlowych wyglądają śmiesznie, szczególnie, że dach pod którym śnieżynki są podwiązane jest przeszklony, a na nim śniegu brak, za to widzimy bezchmurne niebo i czujemy przyjemnie grzejące słońce.W takiej sytuacji można się poczuć jakby ktoś chciał nam wmówić, że czarne jest białe i na odwrót. Toteż czujemy, że wmawiają nam, że jest zima, a gdy spojrzymy za okno widzimy jedynie jesienny krajobraz... wmawiają nam, że są święta, a świąt nie czuć.
Ciekaw więc jestem, czy brak śniegu wpłynie w jakiś sposób na wybory konsumenckie. Czy spowodowany tym faktem brak świątecznej atmosfery spowoduje mniejszy entuzjazm na zakupach (pomijając wpływ kryzysu !). Działania marketingowe wyglądają podobnie do tych sprzed roku, czy dwóch, jednak w kontekście takiej pogody wydają się być w większości przypadków wymuszone i sztuczne. Tak jak spot promujący Warszawę zimą, na którym możemy zobaczyć Nowy Świat pokryty białym puchem.
Oddany,
M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
